Mało straszno na cmętarzu zwieżąt
Sięgnięcie ostatnio po książkową wersję „Cmętarza zwieżąt” (bo w takiej wersji tytułowej czytałem i taką wolę) spowodował oczywiście film, a może dokładniej bardzo luźna adaptacja utworu Kinga, który do kin w Polsce wszedł 3 maja. Z tej okazji chciałem w końcu przeczytać tę książkę, która na mojej półce od prawie dwóch lat zarastała kurzem. Czy będę to spotkanie wspominał miło? Zaraz się dowiecie...
Do tej pory z Kingiem książkowym było mi raczej nie po drodze. „Cmętarz...” to dopiero druga książka Króla, którą przeczytałem w całości. Pierwsze spotkanie to niedokończona lektura „To”, którą porzuciłem po przeczytaniu gdzieś 1/5 utworu. Jakoś te początkowe strony zupełnie do mnie nie dotarły, a może trafiła na zły moment. We wrześniu ubiegłego roku przeczytałem jego dłuższe opowiadanie - „Pudełko z guzikami Gwendy”. Może mnie nie zachwyciło, ale podobało mi się, więc nie skreśliło zupełnie dla mnie tego autora. Zdecydowanie częściej miałem do czynienia z Kingiem filmowym i serialowym. Obejrzałem całkiem sporo ekranizacji czy adaptacji jego książek, by tylko tu wymienić kilka - „To”, „Mgła” (film rewelacyjny, serial ogromna klapa), „Lśnienie”, „Cujo”, „Misery”, „1922”, „Pod kopułą”, „Carrie” czy „Mr Mercedes”. Zwykle bardzo mi się podobały, więc nadszedł czas znowu dać szansę książce tego amerykańskiego pisarza.
Dla tych, którzy jeszcze nie znają „Cmętarza...” najpierw kilka słów o fabule. Louis Creed, wraz ze swoją żoną Rachel, pięcioletnią córką Ellie, małym synem Gage'em i kotem Churchem (od Winstona Churchilla rzecz jasna), przeprowadzają się z Chicago do Ludlow, małego miasteczka zagubionego gdzieś w rozległych lasach stanu Maine. Lou miał objąć posadę dyrektora szpitala (choć chyba lepszym określeniem byłoby pogotowia) na kampusie Uniwersytetu Stanu Maine w Orono. Zamieszkują w starym domu przy drodze stanowej, a sąsiadami okazuje się miłe starsze małżeństwo Juda i Normy Crandallów, z którymi natychmiast się zaprzyjaźniają. Przyjazd do Ludlow miał być dla nich odpoczynkiem od zgiełku dużego miasta, idyllą dla młodego małżeństwa, miejscem, gdzie w końcu osiągną spokój po trudnych wydarzeniach z przeszłości. Jednakże droga, po której ciągle jeżdżą ciężarówki, ścieżka prowadząca do tajemniczego miejsca z ciekawym napisem nad bramą – Cmętarz Zwieżąt, gdzie dzieci grzebią swe martwe zwierzęta oraz pacjent, który umiera pierwszego dnia pracy Lou na kampusie są zapowiedzią zła, które zagości w ich życiu na dobre. Kiedy pod kołami samochodu ginie Church Jud postanawia zabrać Louisa na stare cmentarzysko Micmaców, gdzie ma stać się cud. Gdy kot powraca z martwych od razu okazuje się, że to, co miało uchronić rodzinę przed bólem sprowadziło na nich klątwę, która prześladuje miejscowych od lat...
Tyle chyba wystarczy, by wprowadzić każdego w mroczną fabułę „Cmętarza zwieżąt”. Po przeczytaniu tej powieści pierwszą rzeczą, która od razu rzuca mi się w oczy, to to, iż książka nie straszy, zero, nic. Nawet nie poczułem gęsiej skórki. I wydaje mi się, że nieco mnie to rozczarowało, bo po opiniach innych osób oczekiwałem, że ta książka mnie dogłębnie przerazi, a tak, stety niestety, nie było. Aczkolwiek wydaje mi się, że ten horror ma przerażać na innym poziomie – metafizycznym i moralnym. Losy Creedów mają zmuszać nas do nieustannego stawiania sobie pytań – czy ja bym tak postąpił w obliczu takiej tragedii? Czy byłoby to w zgodzie z moimi zasadami etycznymi i moralnymi? I gdzie się podziało dobro? Zastanawia nad kondycją ludzką w obliczu straty, stara się udowodnić, że nic, zwłaszcza wiedza i nauka, nie jest w stanie przygotować nas na najgorsze. Zderza się tu (w słowach i myślach bohaterów) dwa myślenia o śmierci – jako naturalnego etapu życia oraz strachu przed nią. Wreszcie, a może przede wszystkim, mamy tu Zło (duża litera użyta specjalnie) w swej cielesnej i duchowej postaci. Upostaciowienie Zła w kreatury, które wychodzą z przeklętej ziemi Micmaców uświadamia nam jego obecność, które istnieje w życiu każdego z nas i może pojawić się w każdym momencie, niszcząc nasze dotychczasowe spokojne i ułożone życie. To Kingowe Zło, tak niesamowicie straszne, że aż poraża bohaterów, sprawia, że i my czujemy jego obecność, co utwierdza opinię o autorze, jako królu horroru i grozy. W końcu to też przestroga przed zabawą w stwórcę, która nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.
Książka (a może sam autor) podpowiada nam, że istnieje coś gorszego od śmierci. Atmosfera strachu podsycana przed umiejscowienie akcji w dzikich lasach Maine oraz poczucie rozdzierającej rozpaczy po okropnej stracie sprawiają, że czytając odczuwa się wielki niepokój. Zakończenie mnie głęboko zasmuciło i sprawiło, że zapewne szybko nie zapomnę o historii Creedów.
Stephen King to świetny opowiadacz historii. Z tym chyba zgodzą się wszyscy. W swej książce czerpie całymi garściami z różnych źródeł – mamy tu odwołania do biblijnej przypowieści o Łazarzu, wierzeń Indian Ameryki Północnej w postaci Wendigo – ogromnego człekopodobnego potwora, którego dotyk czyni z ludzi kanibali i wreszcie zwykłych, „codziennych” przesądów, że mówienie o śmierci może przywołać zło. Dzięki temu z jeszcze większym zainteresowaniem zagłębiamy się w ten horror, ale też widzę w nim kilka minusów. O tym największym już wspomniałem powyżej, ale uważam też, że książka jest momentami przegadana, a opisy zbyt rozwlekłe, jakby autor na siłę chciał nam przedstawić myśli Louisa (bo to głównie o jego chodzi), a nie zawsze jest to potrzebne w toku akcji.
„Cmętarz zwieżąt” to opowieść o miłości silniejszej niż śmierć, porażającej stracie, która odziera z człowieczeństwa i rozpaczy, która popycha w objęcia Zła. Jeśli chcecie poczytać coś lekkiego, ale jednocześnie dającego do myślenia, kto nie wahajcie się i sięgnijcie po „Cmętarz...”, bo nie będzie to czas stracony.
Tytuł: Cmętarz zwieżąt lub Smętarz dla zwierząt lub Smętarz dla zwierzaków
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros & Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1983 (USA), 1992 (pierwsze wydanie polskie), 2017 (mój egzemplarz – Kolekcja Mistrza Grozy)
Tłumacz: Paulina Braiter
Ilość stron: 393
Gatunek: Horror
Dodatkowe informacje: Inspiracją do napisania „Cmętarza...” było opowiadanie W.W. Jacobsa „The Monkey's Paw”. Pierwsza filmowa adaptacja pochodzi z 1989 roku.

