Świntuch czy prorok?
„Serotonina” Michela Houellebecqa była najbardziej wyczekiwaną przeze mnie książką tego roku. Ostrzyłem sobie na nią pazurki od kiedy została wydana we Francji, a apetyt rósł z miesiąca na miesiąc. Dorwałem ją wreszcie, gdy wyszła 29 maja (bo nie dałem się nabrać Empikowi na sztuczne podbicie ceny poprzez zastrzeżenie sprzedaży tylko w tej sieci na 2 tygodnie, po czym wyszły w pozostałych księgarniach), ale musiała odleżeć na mojej półce miesiąc, bym nabrał mocy i zabrał się za czytanie. W końcu ją przeczytałem, ale...no właśnie. Czy „Serotonina” spełniła moje oczekiwania? Przekonajmy się...
Narratorem powieści jest 46-letni Florent-Claude Labrouste, urzędnik ministerstwa rolnictwa, który przedstawia historię swojego końca. Gdy odkrywa, że jego obecna dziewczyna notorycznie go zdradza i robi to, cóż, nie tylko z ludźmi, przelewa się czara goryczy i postanawia zniknąć. Udaje się do psychiatry, który przepisuje mu captorix, lek antydepresyjny, który ma zwiększyć wydzielanie w jego ciele serotoniny, potocznie zwanej hormonem szczęścia. Zaciera wszelkie ślady po sobie, udaje się w podróż po północnej Francji i zaczyna snuć opowieść o swoich związkach, nastawionych głównie na seks, wątpliwej karierze urzędniczej, wreszcie o swoim codziennym życiu.
„Pozbawiony jakichkolwiek pragnień czy racji bytu (czy te pojęcia nie są zresztą równoważne? trudny temat, na który nie miałem wyrobionego poglądu), utrzymywałem swoją rozpacz na poziomie możliwym do przyjęcia, można żyć, będąc zrozpaczonym, większość ludzi tak właśnie żyje, chociaż czasami się zastanawia, czy może sobie pozwolić na łyk nadziei, to znaczy zadaje sobie pytanie, po czym odpowiada przecząco. Nadal jednak kurczowo trzyma się życia, co stanowi wzruszające zjawisko”
Po niezwykłej „Uległości”, czyli poprzedniej powieści autora wydanej w 2015 roku (w dniu ataku na redakcję gazety Charlie Hebdo), miałem duże oczekiwania co do nowej książki, gdyż w poprzedniej książce Houellebecq jawił się jako prorok, który przedstawia przyszłość swojej ojczyzny ukrytej za burką. Jak to wygląda w przypadku „Serotoniny”? Cóż, w tym przypadku Francuz nieco rozczarowuje, po raz kolejny obnażając te same błędy, które popełnia współczesna kultura zachodnich krajów – nastawienie na konsumpcję, globalizację, multikulturalizm, wreszcie nadmierne epatowanie seksualnością. Wszystko już było. „Serotonina” jest utworem w pewnych sensach wtórnym i jeśli ktoś nie jest zwyczajnie ciekawy, co tym razem napisał Houellebecq, nie musi koniecznie jej czytać.
Powieść jest do głębi postmodernistyczna, wieszczy koniec wielkich narracji i koniec wyższych wartości etycznych i moralnych. Houellebecq po raz kolejny odwołuje się do współczesnego życia we Francji i przedstawia bunt francuskich rolników, którzy oburzeni są z powodu skandalicznych cen mleka w punktach skupu. Postanawiają zbuntować się przeciwko państwu. Czy nie przypomina to Wam protestu żółtych kamizelek, który przetacza się przez Francję (głównie Paryż) od kilku miesięcy? Protestujący nie zgadzają się na rosnące koszty życia oraz zbyt wysokie podatki. Dla mnie jest to przełożenie niemal jeden do jednego z prawdziwego w fikcyjny świat. Mimo tak celnego zarysowania współczesnych bolączek wątek ten wydaje się wprowadzony nieco sztucznie. Sama postać narratora wtłoczonego niemal w sam środek protestu nie wygląda też zbyt racjonalnie w kontekście całości książki i jego historii.
Opowieść Labrouste'a przypomina pamiętnik, do którego narrator przelewa swoje bolączki i żale związane ze swoim życiem (głównie seksualnym). Jednak nakładające się na siebie opowieści, czy nawet historyjki w historyjkach, powodowało, że czasem gubiłem się w nich, niewiedząc o kim teraz główny bohater opowiada i z jakiego powodu. Narrator jest też świetnym przykładem człowieka bez właściwości, który kisi się we własnym sosie, rozdrapując ciągle te same rany, rozpaczając nad swoim losem, jednak nie potrafiąc go zmienić. Często ma szanse coś zrobić, ale w ostatniej chwili wycofuje się, gdyż, jak sam stwierdza, jest słaby. Przelewa głównie swoje frustracje seksualne (och, jest ich tutaj mnóstwo...), które potęguje zażywanie leku antydepresyjnego, w wyniku którego ten dość rozwiązły seksualnie mężczyzna staje się impotentem.
Przez mniej więcej 3/4 książki, byłem nią niesamowicie rozczarowany, nudziła mnie i zastanawiałem się nad porzuceniem jej. Ale na szczęście końcowe 80 stron przywraca wiarę w autora i sprawia, że chce się dotrwać do samego końca i poznać finał historii Labrouste'a. A zakończenie jest bardzo mocne, tylko...pozostawia nam otwartą furtkę do domysłów, a ja potrzebuję odpowiedzi! Tego się nie robi panie Houellebecq!
Polecam potraktować „Serotoninę” z przymrużeniem oka, nie brać jej na poważnie. Przygotować się, że nie jest aż tak dobra jak „Uległość” i autor wpada w utarte schematy. Jednak dla zakończenia i tego dekadentyzmu, które wylewa się z tej powieści, warto po nią sięgnąć.
Tytuł: Serotonina
Autor: Michel Houellebecq
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2019
Tłumacz: Beata Geppert
Ilość stron: 336
Gatunek: powieść współczesna
Dodatkowe informacje: -

